
– Miałyśmy poczucie, że jeśli nie zrobimy tego teraz, to zostaniemy w szkole do emerytury – wspomina Adriana Grzywacz. – Po osiemnastu latach w oświacie widziałam doskonale, co w systemie działa, a co sprawia, że po tylu latach nauki dzieci nadal nie potrafią swobodnie mówić po angielsku. Czułam, że związały nam ręce: program, testy, egzaminy, matura. Uczy się ‘pod arkusz’, a nie tego, jak poradzić sobie na spotkaniu, w firmie, w życiu. I w pewnym momencie doszłyśmy z Mariolą do wniosku, że my już tak dalej nie chcemy – chcemy uczyć inaczej, po swojemu, w miejscu, do którego same miałybyśmy ochotę przychodzić jako kursantki.
Od trzech sal do całego budynku
AIM oficjalnie wystartowało 1 lipca 2022 roku. Na początku była to mała szkoła językowa – kilka przedmiotów, niewielki zespół, sale wynajmowane w Chełmińskim Domu Kultury, ale już w październiku Panie wynajęły trzy sale w prywatnym budynku.
– Tak naprawdę startowałyśmy bardzo skromnie – opowiada Mariola Rapicka. – Byłyśmy głównie my dwie, do tego kilku nauczycieli od angielskiego, polskiego, matematyki, hiszpańskiego. Na początku to była taka mała szkółka, gdzie większość grup prowadziłyśmy same, a wszystkie sprawy organizacyjne, zapisy, płatności – robiłyśmy po godzinach. Bardzo szybko okazało się jednak, że zapotrzebowanie jest dużo większe niż się spodziewałyśmy. Trzy pomieszczenia przestały nam wystarczać. Z dnia na dzień rosła liczba słuchaczy i nagle trzeba było myśleć nie tylko jak uczyć, ale też gdzie tych ludzi pomieścić.
W 2023 roku AIM miało już podpisanych około 200 umów ze słuchaczami i współpracowało z 20 lektorami. Wtedy zapadła decyzja o przeprowadzce do nowej lokalizacji – piętrowego budynku z końca XIX wieku, który przez lata pełnił funkcję biurowca, a potem stał pusty. – Kiedy pierwszy raz go zobaczyłyśmy, miałyśmy wrażenie, że ktoś go zbudował specjalnie dla szkoły – mówi Adrina Grzywacz. – Jest hol, z którego wychodzi się do sal, są osobne pomieszczenia na sekretariat, zaplecze, kuchnię dla rodziców i słuchaczy. Ten budynek dał nam możliwość stworzenia całego świata AIM – od wejścia czuć, że to nie jest publiczna szkoła, tylko miejsce, gdzie uczy się inaczej.
Dziś cały obiekt zajmuje AIM Centrum Edukacyjne: sześć sal zajęciowych, sekretariat, przestrzeń wspólna i kuchnia dostępna dla rodziców i kursantów. W Chełmnie to jedyne tak kompleksowe centrum edukacyjne, a od niedawna panie prowadzą zajęcia także w mniejszych miejscowościach pod miastem, wynajmując sale w lokalnych szkołach.
„Uciekłyśmy z systemu, żeby uczyć tak, jak same byśmy chciały się uczyć”
Pytane o to, czy AIM jest konkurencją dla lokalnych szkół, właścicielki odpowiadają ostrożnie. W praktyce okazało się, że ich centrum stało się raczej wsparciem dla systemu edukacji niż jego przeciwnikiem.
– Kiedy zaczynałyśmy, w ogóle nie myślałyśmy o tym, żeby zapełniać jakąś lukę „pomocy doraźnej” dla uczniów z deficytami – tłumaczy Adriana Grzywacz. – Naszym celem było uczenie języka jako żywego narzędzia komunikacji – tak, żeby ludzie po prostu mówili, a nie tylko rozwiązywali testy. Dlatego bardzo szybko „zeszłyśmy z wiekiem w dół” – zaczynamy z dziećmi od czwartego roku życia, bo to jest najlepszy moment, żeby zaszczepić im miłość do języka. Chodziło nam o to, żeby po wielu latach nauki nie okazywało się, że ktoś zna arkusz maturalny na pamięć, ale boi się odezwać jednym zdaniem w realnej sytuacji.
– W szkole publicznej uczniowie uczą się „żeby zdać”. My chciałyśmy uczyć „żeby umieć”. System jest tak skonstruowany, że cały czas goni się podstawę programową, a na ćwiczenie prawdziwego używania języka, na projekty, na rozmowę, na przygotowanie do życia zawodowego – zwyczajnie brakuje czasu. Tu mamy małe grupy, maksymalnie dziesięć osób. Dzieci siadają właściwie przy jednym dużym stole, tworzą wspólnotę. To zupełnie inna energia niż siedzenie rząd za rzędem i patrzenie komuś w plecy – dodaje pani Mariola.
Dodatkowo AIM stawia na dostosowanie metod do wieku i możliwości uczniów. Sale dla najmłodszych są wyposażone w maty na podłodze, a język wprowadzany jest poprzez ruch, zabawę i kontakt.
– Kiedy widzimy, że czterolatek po kilku miesiącach zajęć rozumie proste polecenia po angielsku i sam coś powie, to jest najlepsza odpowiedź na pytanie, czy można uczyć inaczej niż tylko z podręcznika pod egzamin – dodaje Adriana Grzywacz.
Licencjonowane metody i zespół lektorów
AIM to akredytowane centrum metod Teddy Eddie i Savvy Ed, a także metody The Bearton Twins dla dzieci w wieku 8–15 lat. Dzięki temu oferta obejmuje całą ścieżkę nauki od wieku przedszkolnego do końca szkoły podstawowej, z kontynuacją dla młodzieży i dorosłych.
– Świadomie zdecydowałyśmy, że nie będziemy wszystkiego wymyślać od zera – opowiada pani Adriana. – Kiedy pojawiła się możliwość zakupu licencji Teddy Eddie dla najmłodszych, weszłyśmy w to, a potem dokupiłyśmy kontynuacje – Savvy Ed i Bearton Twins. Do tego Direct Method, Bold Wings i kolejne rozwiązania dla dorosłych. Chodziło o dwie rzeczy: po pierwsze – o sprawdzone narzędzia, które faktycznie działają na danym etapie rozwoju kursanta. Po drugie – o odciążenie lektorów. Nie chcemy, żeby każdy po nocach wymyślał materiały, jak my kiedyś w szkole. Lektor przychodzi, ma metodykę, materiały, know-how i może skupić się na pracy z ludźmi, nie na produkowaniu kserówek.
Standard jest ważny także z innego powodu. Metodyczne zaplecze gwarantuje ciągłość nauki. Jeśli z jakiegoś powodu trzeba zmienić lektora, nie dzieje się krzywda ani dzieciom, ani dorosłym. Lekcje wyglądają podobnie, metoda jest ta sama, zmienia się tylko osoba prowadząca. Oczywiście osobowość lektora jest ważna, ale fundament się nie zmienia – to daje poczucie bezpieczeństwa i lektorom i słuchaczom.
Właścicielki przyznają, że zdarza się im otrzymywać propozycje współpracy od native speakerów – głównie w formule zdalnej. Na razie podchodzą do tego ostrożnie. – Jestem native speakerem polskiego, ale nie rzuciłabym się bez przygotowania na uczenie języka polskiego – mówi z uśmiechem Adriana Grzywacz. – Dlatego jeśli kiedyś wejdziemy w model z native speakerem, to tylko z kimś, kto ma przygotowanie metodyczne i przejdzie dokładnie taki sam proces wdrożenia, jak nasi polscy lektorzy.
Od uczenia do prowadzenia biznesu
Zmiana z nauczycielki w przedsiębiorczynię oznaczała dla obu pań także wejście w świat liczb, faktur i rozliczeń.
– W szkole człowiek miał panią w sekretariacie, panią w księgowości i co miesiąc spokojnie wpływała pensja – przyznaje pani Adriana. – Tutaj nagle trzeba było samemu pilnować wszystkiego: od ZUS-u po podatki. W pierwszym roku radziłyśmy sobie we dwie – Mariola zrobiła kurs księgowości i przy małej skali działalności to wystarczało. Ale kiedy firma zaczęła rosnąć, musiałyśmy zatrudnić biuro księgowe. To była jedna z lepszych decyzji: możemy się skupić na rozwoju AIM, na marketingu, na ofercie, a rozliczeniami zajmują się profesjonaliści.
Obie podkreślają, że wraz z rozwojem AIM ich rola coraz bardziej przesuwa się od bezpośredniego uczenia do zarządzania i szukania nowych kierunków działalności.
– Dzisiaj naszą pracą jest już nie tylko nauka języków, ale też dywersyfikacja źródeł dochodu – mówi Mariola Rapicka. – Organizujemy szkolenia, wynajmujemy sale, współpracujemy z różnymi trenerami. Znalazłyśmy się w Bazie Usług Rozwojowych PARP, więc możemy prowadzić szkolenia z dofinansowaniem dla firm i instytucji, nie tylko językowe. To zupełnie nowy obszar, ale bardzo spójny z tym, co umiemy robić: uczyć dorosłych, rozwijać kompetencje, wspierać rozwój zawodowy.
Pożyczka z Fundacji Wspomagania Wsi – moment przełomowy
Kiedy zapadła decyzja o przeprowadzce do nowej siedziby, pojawił się ogromny, bardzo przyziemny problem: jak sfinansować wyposażenie sześciu sal dydaktycznych w nowoczesny sprzęt i materiały?
– Miałyśmy już podpisaną umowę najmu budynku, a przed oczami listę rzeczy do kupienia: ekrany multimedialne, laptopy do każdej sali, sprzęt audio, licencje do nowych programów edukacyjnych, wymiana oświetlenia na energooszczędne, porządna infrastruktura internetowa z własnym serwerem i zabezpieczeniami – wylicza Adriana Grzywacz. – Wiedziałyśmy, że jeśli nie znajdziemy zewnętrznego finansowania, będziemy musiały rozwijać się dużo wolniej. A chcieliśmy od razu wejść na poziom, który naprawdę robi różnicę.
Rozwiązanie pojawiło się dzięki lokalnym kontaktom. – Chełmno nie jest wielkie, wszyscy się tu znają – mówi Mariola Rapicka. – Od dawna współpracowałyśmy z Aldoną Furmagą, doradczynią terenową związaną z Fundacją Wspomagania Wsi. Wiedziała, że szukamy finansowania na rozwój. Kiedy tylko pojawiła się możliwość skorzystania z pożyczki z funduszu pożyczkowego Fundacji, od razu dała nam znać. To było idealne zgranie w czasie – my wchodziłyśmy do nowego budynku, a równolegle ruszył nabór na pożyczki.
15 listopada 2023 roku AIM otrzymało pożyczkę w wysokości 100 tysięcy złotych – środki z funduszu pożyczkowego Fundacji Wspomagania Wsi.
– Warunki były bardzo korzystne: sensowne oprocentowanie, przejrzyste zasady, dostosowane raty – podkreśla pani Adriana. – Dzięki tym pieniądzom nie musiałyśmy wybierać: czy kupić licencje, czy sprzęt, czy inwestować w certyfikację ISO. Zrobiłyśmy wszystko naraz – sale zostały wyposażone w ekrany multimedialne, laptopy, głośniki, wymieniłyśmy oświetlenie, które obniżyło koszty utrzymania lokalu, kupiłyśmy nowe licencje z zakresu nauki angielskiego dla najmłodszych, a do tego sfinansowałyśmy certyfikację ISO. W momencie, kiedy we wrześniu startowałyśmy z zajęciami, wszystko było gotowe.
Równie ważny, jak sama kwota, okazał się sposób pracy doradczyni. – Pani Aldona prowadziła nas krok po kroku przez cały proces – opowiada Mariola Rapicka. – Od wstępnej rozmowy o tym, na co realnie potrzebujemy środków, przez kompletowanie dokumentów, aż po podpisanie umowy. To nie było suche „proszę wypełnić wniosek i czekać”. To była partnerska rozmowa, dopasowanie pożyczki do naszej sytuacji, wyjaśnienie, co i jak. To ogromnie obniża stres, zwłaszcza przy pierwszym tak dużym zobowiązaniu.
Dziś właścicielki AIM mówią wprost, że pożyczka z Fundacji Wspomagania Wsi była dla nich kluczowym wsparciem w momencie silnego wzrostu. Przekonują, że to był impuls, który pozwolił im wejść na wyższy poziom rozwoju o kilka lat szybciej. – Gdybyśmy miały finansować wszystko z bieżącej działalności, wyposażanie budynku ciągnęłoby się latami. A tak – w kilka miesięcy powstało nowoczesne centrum edukacyjne z prawdziwego zdarzenia.
Zapytane o to, czy poleciłyby tę formę finansowania innym przedsiębiorcom z małych miejscowości, nie mają wątpliwości. – Zdecydowanie tak – odpowiada Adriana Grzywacz. – To jest dobre, uczciwe narzędzie dla ludzi, którzy wiedzą, co chcą zrobić, mają pomysł i klientów, ale potrzebują zastrzyku finansowego, żeby rozwinąć skrzydła. Jeśli ktoś rzetelnie spłaca raty, pożyczka nie jest ciężarem.
Jak AIM jest odbierane przez chełmińską społeczność?
– Na początku przychodzili, bo nas znali – z lekcji, z przygotowań do matury – wspomina Adriana Grzywacz. – Dziś coraz częściej słyszymy: „Znajomi polecili, bo u was widać postęp”. W świeżych ankietach, które zbieramy, najczęściej powtarzają się trzy rzeczy: atmosfera na zajęciach, podejście lektorów i realny progres – czy u dzieci, czy u dorosłych. To, że ktoś po kilku miesiącach czuje się pewniej, zaczyna mówić, widzi, że rozumie więcej – to jest ten moment, kiedy wiemy, że to, co robimy, ma sens.
Do AIM przychodzą nie tylko dzieci i młodzież, lecz także dorośli i seniorzy – m.in. słuchacze Uniwersytetu Trzeciego Wieku.
– Najpiękniejszy feedback, jaki dostałam, był od pani 75+ – opowiada Mariola Rapicka. – Powiedziała: „Wie pani, co mi dały te zajęcia? Ja już nie muszę chodzić z kartką na zakupy, wszystko pamiętam”. Seniorzy uczą się zupełnie inaczej – mają ogromną motywację, przychodzą, bo chcą, a nie muszą. Ich kalendarze są tak wypełnione aktywnościami, że czasem trudniej przełożyć zajęcia z seniorem niż z nastolatkiem. Ale kiedy patrzymy, jak im się oczy świecą, jak przełamują bariery językowe, to wiemy, że warto.
Właścicielki przyznają, że czasem brakuje im zwykłego „świętego spokoju”, który dawała praca w szkole. Ale nie mają wątpliwości, że decyzja o założeniu AIM była właściwa. – Trzeba się bać i robić – mówi na koniec Adriana Grzywacz. – Szkoła była dla nas świetnym miejscem, kiedy nasze dzieci były małe. Ale w pewnym momencie poczułyśmy, że jeśli nie wyjdziemy z systemu, to do końca życia będziemy mówić uczniom, jak zdać test, zamiast uczyć ich, jak poradzić sobie w świecie. Dziś widzimy, że można inaczej – w małym mieście, z lokalnymi nauczycielami, z pomocą Fundacji Wspomagania Wsi. I że to „inaczej” naprawdę działa.
Autor: Przemysław Chrzanowski, Witryna Wiejska.
***







